piątek, 19 maja 2017

Po co oni tańczą? – recenzja filmu Szatan kazał tańczyć

Nie przepadam za niektórymi pytaniami. W rankingu najbardziej przeze mnie znienawidzonych prowadzą „co u ciebie?” i „o czym jest ten film?”. Obecność pierwszego pytania raczej nie powinna dziwić – wiele osób nie znosi go za ogólnikowość (ale niemal każdy je zadaje). Drugie pytanie – tu sprawa może wydawać się bardziej skomplikowana. Osoba je zadająca prosi o krótkie streszczenie fabuły, co często zmusza rozmówcę do krzywdzącego uproszczenia znaczenia filmu. Mimo żywej niechęci do tego pytania, zdaję sobie sprawę, że uproszczenia są nieuniknione i potrzebne, czasem bardzo trafne. I sama dokonuję ich całą masę – na przykład wtedy, gdy przeczytałam opis filmu Katarzyny Rosłaniec Szatan kazał tańczyć, wiedziałam, że to nie może być dobry film. I nie pomyliłam się.
szatan kazal tanczyc film

Dwudziestokilkuletnia Karolina podbija artystyczny świat dzięki wydaniu swojej debiutanckiej powieści będącej współczesną interpretacją Lolity. Mimo sukcesu odczuwa pustkę, którą próbuje zapełnić alkoholem, seksem, narkotykami. Czy po zapoznaniu się z takim opisem można mieć chociaż cień nadziei na to, że nie będzie się miało do czynienia z czymś do bólu pretensjonalnym i oderwanym od rzeczywistości? Ale to jeszcze nie koniec. Jak już skusimy się na seans, na samym wstępie filmu razi nas jaskrawa czołówka i informacja, że film nie przedstawia linearnej historii – składa się z 54 scen, a ich kolejność nie jest istotna, bo jakkolwiek je ułożymy, opowiadają tę samej historię o tej samej bohaterce. Cała ta pseudoartystyczna sztampa nie byłaby taka zła, gdy nie to, że okazuje się, że nic z niej nie wynika: nie zadaje żadnych pytań, historia nie rozwija się, bohaterowie też nie. Po prostu szatan kazał zrobić ten film – jak już się przyjęło mówić o najnowszym filmie Rosłaniec.

I tak przez półtorej godziny seansu widz ogląda bohaterkę ubraną w hipsterskie ciuchy, która z marsową miną i rozmazanym makijażem przemierza Warszawę albo bohaterkę imprezującą, masturbująca się, ćpającą czy przebywającą z rodziną, którą obwinia o swoje największe nieszczęścia. Nie jest to specjalnie fascynujące – to nie jest kwestia artystycznego założenia wyjścia poza klasyczną fabułę – brakuje tu jakiegokolwiek napięcia. I do łańcuszka zarzutów dochodzi kolejny: film jest po prostu nieciekawy; widz ogląda kolejne sceny, ale bez większego przekonania.

W zaangażowaniu nie pomagają bohaterowie, którym brakuje wiarygodnego rysu psychologicznego. Jest to szczególnie karygodne, zwłaszcza że główna bohaterka teoretycznie zmaga się z masą poważnych problemów: zaburzeniem odżywiania, nadmiernym stosowaniem używek, bliżej nieokreślonymi problemami rodzinnymi i ogólnym zaburzeniem osobowości. Jak już twórcy wykorzystują ciężar takich problemów, powinni to jakoś uzasadnić. Ale w tym filmie wszystko potrzebowałoby uzasadnienia. Np. co z tego, że Magdalena Berus odtwarzająca rolę Karoliny odgrywa dość odważne sceny, skoro nic one nie wnoszą.

Jedyną zaletą – chociaż to może zbyt mocne słowo – są całkiem udane zdjęcia i scenografia. Z kolei główne formalne założenie filmu polegające na zestawieniu scen niezależnych od siebie, jest na tyle mocno podkreślane, że trąci pretensjonalnością. Tego typu eksperymenty od dawna są znane w świecie i literatury, i filmu. Rosłaniec mogła wypróbować też nieco inny format artystyczny, może np. w przypadku wideo-artu wyszłoby to mniej sztucznie. Mimo tak ogromnych słabości, myślę, że można by odrobinę obronić ten film, także gdyby był częściowo nagrany aparatem w telefonie komórkowym – uzasadniałoby to kwadratowy/instagramowy format zdjęć oraz zamiłowanie głównej bohaterki do robienia selfie.

OK, skoro Szatan kazał tańczyć zapowiadał się tak źle, to czemu chciałam go zobaczyć? Trywialna chęć napisania negatywnej recenzji oraz po prostu c
iekawość.  A jak wiadomo ciekawość to pierwszy stopień do piekła.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz